![]() |
![]() | |
Daleko, na początku kolejki jakiś robotnik włożył swoją kartę do zegara medycznego. Maszyna błysnęła i człowiek włożył ramię do jej paszczy. Zanotowano jego najważniejsze wskaźniki, stwierdzono, że jest wolny od alkoholu czy narkotyków, które mogły pozostać po ostatniej zabawie, i wpuszczono go. Mężczyzna zniknął we wnętrzu fabryki i kolejka posunęła się o dwa kroki. Sten przesuwał się razem z innymi, dookoła niego szumiały plotki. - Zważywszy na fakt, że Fran był najgorszy ze wszystkich w wyrabianiu normy, to wydaje mi się, że Kompania postąpiła z nim cholernie dobrze, kiedy stracił rękę; jedyną rzeczą, do której jej używał, było podszczypywanie panienek. Dali mu przecież miesięczny kredyt, nie...? - Znasz mnie przecież, jeszcze nikt na Vulcanie nie przerobił mnie w piciu, i nie mogę się już doczekać końca zmiany! Taki jestem głupi. Przyprowadź ich, mówię ci, a zobaczysz... Nadeszła kolej na Stena. Włożył swoją kartę, stał sztywno obok maszyny, kiedy sprawdzała go i akceptowała, i wszedł powoli do fabryki. Budynek taśmy był olbrzymi, poprzedzielany jak plaster - miodu od podłogi aż po sufit, wypełniony pasami, maszynami, torami i innymi urządzeniami. Dla Migów przeznaczono wąziutkie ścieżki, dzieliły ich centymetry od upadku czy wciągnięcia między tryby jakiejś maszyny, która by ich zmieliła, sprasowała, i zwinęła w jakieś bezimienne urządzenie, po przejściu całej taśmy odrzucone z powodu wykrytych zanieczyszczeń. Po spędzeniu prawie dwóch miesięcy w fabryce Sten zaczął nienawidzić swojego partnera tak bardzo, jak całej pracy. Robot był przysadzisty, szary, w kształcie jaja, przystrojony upiorną liczbą czujników zebranych w coś w rodzaju dużego, owadziego oka. Poruszał się na kołach i odnóżach, pozwalających kroczyć po schodach. Tylko powierzchnia oka i ruchliwe czułki wydawały się żywe. A najbardziej nienawidził Sten jego wysokiego, ostrego głosu. Jak u starego bibliotekarza, którego pamiętał z Pierwszego Żłobka. - Pospiesz się - marudził robot - nie wyrabiamy normy. Dobry robotnik zawsze wyrabia normę. W ostatnim cyklu jeden z pracowników w trzecim sektorze, Myal Thorkenson, wyrobił prawie dwieście procent normy. Czyż nie jest to ideał wart naśladowania? Sten popatrzył na maszynę i pomyślał, czy by jej nie kopnąć. Ostatnim razem kiedy tego spróbował, kulał przez dwa dni. Robot poderwał go swoim nieprzyjemnym głosem. - Pospiesz się teraz. Następne krzesło. Sten podniósł kolejne siedzenie ze stosu przed długą, srebrną tubą. Potem zaniósł je tam, gdzie czekał robot. To robot miał stanowisko technika. Sten pełnił rolę przynieś - podaj - pozamiataj. Jego praca polegała na podniesieniu siedzenia ze stosu, włożenia go do odpowiedniego otworu i trzymania, dopóki robot nie zgrzeje siedzenia z ramą. To było niesłychanie nużące zajęcie, którego dla swego mechanicznego zastępcy szefa nigdy nie wykonywał właściwie. - Nie tu - powiedział robot. - Zawsze robisz to źle. Pozycja jest ściśle określona. Włóż to jeszcze raz. Włóż to. Końcówka spawająca robota rozjarzyła się. - Szybko, teraz. Następne. Sten powlókł się z powrotem przez przejście, gdzie spotkał robotnika, którego imienia nie mógł sobie przypomnieć. - Cześć. Słyszałeś już? Właśnie awansowałem. - Moje gratulacje. Mężczyzna promieniał. - Dzięki. Robię wielką imprezę po zmianie. Zapraszam wszystkich. Na mój koszt. Sten spojrzał na faceta. - Ale czy taki wydatek nie przedłuży ci kontraktu, to znaczy nawet mimo awansu? Mężczyzna wzruszył ramionami. - Dam sobie radę. To doda mi tylko około sześciu miesięcy do mojego kontraktu. Sten rozważał, czy zapytać go, dlaczego tak bardzo chce się pospieszyć i wydać każdy kredyt - i jeszcze trochę - ze swojej podwyżki. Jak mógł tak wyrzucać sześć miesięcy swojego życia na... Ale przecież znał odpowiedź. Więc nie zawracał już sobie głowy. - Masz rację - westchnął. - Dasz sobie radę. Mig ruszył dalej. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Leta była niemal jedynym jasnym punktem w życiu Stena w tym czasie. Pod wieloma względami stanowiła pokazowy egzemplarz panienki do zabawy. Wychowana na spokojnej planecie podobnej do tej, z której pochodzili rodzice Stena, miała zamiar po zakończeniu kontraktu wyemigrować na jeden ze spokojnych światów Imperium, tam spotkać jakiegoś członka królewskiej rodziny i wyjść za niego za mąż. No, mógłby to też być jakiś książę kupców. Chociaż Sten nie wierzył już w mit kurwy o złotym sercu, wydawało mu się, że jej naprawdę sprawia przyjemność rozmowa z nim i seks. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Sten leżał cicho na łóżku. Dziewczyna pochylała się nad nim, uderzając lekko końcami palców. Sten obrócił się i spojrzał na. nią. Twarz Lety była łagodna, a źrenice rozszerzone po zażyciu narkotyków. - Źźźle - zamruczała. - Kontrakty. Kontrakty i normy, i Migowie. Zachichotała. - Z tobą wszystko w porządku. I jesteś Migiem. Sten usiadł. - Nie będę nim zawsze. Kiedy skończy się mój kontrakt, wydostanę się z tego cholernego świata i zobaczę, co to znaczy być wolnym człowiekiem. Leta roześmiała się. - Wiem, co mówię. Nie będę grał. Nie będę w żaden sposób przedłużał kontraktu. Nigdy więcej nocy spędzonych na piciu. Mam zamiar po prostu ograniczyć się tylko do koniecznego czasu. I tyle. Leta pokręciła głową i wstała. Wzięła kilka głębokich wdechów, usiłując rozjaśnić sobie w głowie. - Nie możesz tego zrobić. - Dlaczego nie? - zapytał Sten. - Do diabła, nawet dziewiętnaście lat to nie wieczność. - Nie możesz tego zrobić, ponieważ to wszystko jest oszustwem. Wszystko. Kontrolowane. Jak twoja praca. Jak gry. Jak... jak nawet to. Ustalili całość tak, że nigdy się nie wydostaniesz... zawsze będziesz do nich przywiązany. Działają na wszelkie sposoby. Sten był zaszokowany. - Ale jeśli to jest oszustwo i nikt nie wydostaje się z Vulcana, to co z tobą? - Jak to co ze mną? - Ciągle mówisz o tym, co zrobisz, kiedy wyjedziesz, i o planetach, które chcesz zobaczyć, i mężczyznach, jakich chcesz spotkać, takich, co nie śmierdzą potem i smarami i... i tak dalej. Leta położyła mu dłoń na ustach. - To ja, Sten. Nie ty. To ja wyjeżdżam. Mam kontrakt i dają mi pieniądze, narkotyki i wszystko, co jem i piję. Nie mogę nawet brać udziału w grach. Automaty nie przyjmują mojej karty. Nie ma znaczenia, co robię. Po prostu dopóki żyję, mam gwarancję, że wyjadę z Vulcana. Tak, jak i inne panienki. Albo naganiacze czy bramkarze. Oni wszyscy mogą się wydostać. Techowie i strażnicy też. Ale nie Migowie. Migowie zostają tu na zawsze. Sten pokręcił głową, nie wierząc w ani jedno słowo. - Milutki chłopaczek z ciebie, Sten, ale ty umrzesz na Vulcanie. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Trzymał się z dala od mieszkania Lety przez jakiś czas, przekonując sam siebie, że nie jest mu potrzebna. Nie chciał mieć obok siebie kogoś, kto opowiadał mu takie rzeczy... cóż, to musiały przecież być kłamstwa, prawda? Ale im dłużej jej nie widział, tym więcej myślał i zastanawiał się nad jej słowami. W końcu zdecydował, że musi z nią porozmawiać. Aby jej dowieść, że może miała rację w odniesieniu do wszystkich innych Migów, ale nie w odniesieniu do niego. Z początku ludzie w domu zabawy udawali, że nigdy nie słyszeli o niej. Potem przypomnieli sobie. Och, Leta. Przeniesiono ją albo coś takiego. Taa. Jakoś tak nagle. Ale wydawała się naprawdę zadowolona, kiedy po nią przyszli. Może dostała pracę w Oku, dla Execów. Sten zastanawiał się. Przestał się zastanawiać, kiedy ukradł klucze od jej pokoju i znalazł niepozorny mikrofon ukryty w suficie. Myślał często potem, co jej mogli zrobić za to, co powiedziała.
Miesięczne zestawienie wydatków: Mieszkanie........... 1 000 kredytów Jedzenie.................. 500 kredytów Płaca majstra.......... 225 kredytów Usługi..................... 250 kredytów Razem 1 975 kredytów
Miesięczna płaca: 2 000 kredytów odjąć 1 975 kredytów wydatków 25 kredytów pozostało
Sten po raz dziesiąty sprawdził wyliczenia na ekranie. Zaciskał pasa do granic wytrzymałości. Zlikwidował wszystkie rozrywki i ograniczył się do podstawowej diety graniczącej z wygłodzeniem. Ale zawsze wychodziło mu to samo. Z dwudziestoma pięcioma kredytami na miesiąc nie był w stanie skrócić swego kontraktu nawet o sześć miesięcy. I gdyby kontynuował ten sposób życia, oszalałby w ciągu pięciu lat. Sten zdecydował jeszcze raz wszystko sprawdzić. Może coś ominął. Wcisnął klawisze na konsoli i wywołał Przewodnik Pracownika Kompanii. Przeglądał akapit za akapitem, szukając wyjścia. - Cholera! - O mało tego nie pominął. Wrócił do tej strony i przeczytał ją, a potem znowu i znowu: Ubezpieczenie: Wszyscy robotnicy, Niewykwalifikowani eMigranci, muszą płacić podatek na ubezpieczenie w wysokości nie mniejszej niż 35 kredytów i nie większej niż 67 kredytów za każdy okres rozliczeniowy, z wyjątkiem dodatkowych prac określanych przez Kompanię jako szczególnie niebezpieczne i podnoszące ryzyko wypadku / śmierci, kiedy podatek musi wynosić nie mniej niż 75 i nie więcej niż 125 kredytów za każdy okres rozliczeniowy. Kompania zobowiązuje się do zapewnienia odpowiedniej opieki medycznej i / lub zasiłku pogrzebowego nie przekraczającego 750 kredytów i / lub... Walnął pięściami w klawisze i ekran zamigotał parę razy, a potem zbladł. Mieli go. Nieważne, co robiłeś, każdy Mig na zawsze był uziemiony. Sten kiwał się w rozpaczy. | ||
![]() |
![]() |